Pamiętam, jak po świeżo zdanym egzaminie praktycznym przeglądałam ogłoszenia o sprzedaży samochodów. Wtedy jeszcze nawet niewielkie auto było co najwyżej w strefie moich marzeń, ale ekscytacja związana z posiadania prawka sięgała zenitu.

Scrollując portale, zwracałam uwagę głównie na modele aut, które podobały mi się wizualnie. No i na kolor. Chciałam białe. Najlepiej Kia, bo z tym pojazdem miałam już do czynienia jako pasażer, wewnątrz mi się podobało no i ogólnie jak dla osoby niskiej i drobnej całkiem wygodne. Z drugiej strony, mój wzrok ogromnie przyciągał nowy Mini Cooper ze względu na kosmiczne wyposażenie. Mogłabym mianować go (chociaż dla niektórych może brzmieć to groteskowo, głupio, dziwnie) synonimem luksusu.

Dwa lata później poznałam Mojego Mechanika (którego wkrótce zacznę nazywać Moim Mężem Mechanikiem… no coś wymyślę, bo on nie chce tak po imieniu, chociaż większość znajomych czytających tego bloga wie, o kogo chodzi), moja kariera zawodowa nabrała rumieńców, a mój stan psychiczno-fizyczny się poprawił na tyle, że decyzja o zakupie pojazdu stała się faktem.

Dziś (i przez najbliższe kilka lat) jeżdżę Skodą Fabią IV w automacie. Chociaż nie jest ani Kią, ani Mini Cooperem, ani też nie jest całkowicie biała (a z czarnym dachem, bo tak fajniej wygląda) to uważam ją za niezły wybór. No „minus” te sportowe fotele, ale o tym to innym razem…

Photo by Pavel Golasowski on Unsplash

Serce czy rozum

Mój Mechanik lubi – pół żartem, pół serio – na moje pytanie o wymarzony prezent na najbliższą okazję powtarzać „Mustang”. To z kolei jego marzenie, chociaż jeszcze do niedawna śmigał Hondą.

Dość długo zastanawiałam się, czy przypadkiem branie w leasing nowego, pierwszego auta nie jest zbytnią przesadą. Ale po kilku kalkulacjach stwierdziłam, że „czemu nie”. I mimo tego, jak z roku na rok moje (nasze) możliwości finansowe stają się coraz lepsze, przezornie postawiłam na coś ze średniej półki. Poza tym cieszył mnie fakt, że pojazd z salonu to jednak nówka nieśmigana i prawdopodobnie do końca umowy nic się złego z nią nie powinno dziać. A to zawsze tam jakaś oszczędność.

W tej kwestii po prostu zawierzyłam moim doradcom, mechanikom oraz znajomym znajomych. W wielkim skrócie tym, który się znają, bo rozumieją rynek, a i sami mają za sobą setki tysięcy kilometrów. Przy okazji pozostałam w swojej strefie komfortu, która nie zmieniła się także w perspektywie obrzydliwej inflacji. No i nie ukrywajmy – ja jestem naprawdę początkującym kierowcą. Z kolei o czterech kółkach wiem tyle, ile opowie mi Mój Mechanik (co próbuję od czasu do czasu przelewać tutaj w formie postów) oraz że ogromnie lubię podróżować autem. Blisko i daleko. Nawet jako pasażer-nawigator (w gruncie rzeczy tym tytułem mogę chwalić się najbardziej).

Natomiast gdyby budżet, miejsce parkingowe i doświadczenie mnie nie ograniczało to… wypasiony gadżet z wyższej półki zdecydowanie zaspokoiłby moje ego. Może nawet i na Tesli by się skończyło, nie wiem nawet, czy teraz piszę serio, czy nie.

Jedyne czego się obawiałam na początek w kontekście Fabii to… automatyczna skrzynia biegów. Po zdanym prawku pojeździłam trochę starym Twingo, aby poćwiczyć ów „redukcję biegów”, co zarekomendowano mi wraz z przekazaniem papierka „spoko, zdałaś”. No i coś tam w tym kierunku robiłam… Z automatem nie miałam wcześniej do czynienia, a i jeszcze się naczytałam, że jak się chce być dobrym kierowcom, to lepiej właśnie najpierw opanować manuala. „Bo tak wypada”.

Trochę też te początki nauki jazdy były dla mnie trudne i skomplikowane, bo lewa noga bolała mnie okrutnie. Przez pierwsze godziny napinałam się tak, że miałam niezłe zakwasy, zastanawiałam się, czy tak powinno być i… niestety długo jeszcze nie miałam odwagi kogokolwiek podpytać się, o co z tym chodzi i co ja mogę z tym zrobić (a znalezienie odpowiedniego instruktora, który pomógłby mi przebić barierę, nieco zajęło).

A tu proszę. Zawsze podświadomie czułam, że nie mam potrzeby nabywać czegoś w rodzaju umiejętności kierowcy rajdowego. Dla mnie najważniejszym jest bezpiecznie dojechać z punktu A do B, cieszyć się jazdą, a finalnie sprawnie zaparkować. Mój Mechanik powtarza, że dobrze jeżdżę, nawet po dłuższej przerwie i to dla mnie wystarczający komplement.

Okazało się, że na automat przestawiłam się błyskawicznie i szczerze mówiąc, cieszę się, że nie muszę się „męczyć” ze zmianą biegów. Prawdopodobnie już nigdy nie będę musiała, bo po co. Jak jazda to na moich warunkach, w moim komforcie i „tak jak chcę”, a nie tak jak podpowiadają artykuły z Internetu!

Moje rekomendacje dotyczące wyboru pierwszego własnego auta

  1. Poddaj analizie swój budżet. Przygotuj oszczędności, a nawet sporą „górkę”. Miej w zapasie na ubezpieczenie (mnie ono zaskoczyło najbardziej, bo z racji tego, że dopiero przed 30-stką zrobiłam prawko, oznaczało to brak zniżek i dodatkowo ograniczony wybór ubezpieczyciela!).
  2. Zastanów się nad swoim stylem życia. Mieszkasz w miejskiej dżungli, gdzie wiecznie trzeba szukać miejsca na zaparkowanie czy na obrzeżach miasta, codziennie pokonując kilkanaście kilometrów? Wielkość i wyposażenie pojazdu mają przy tym ogromne znaczenie.
  3. Popytaj wśród znajomych, uruchom znajomości. Dzięki temu zrozumiesz, że ekstra auto to nie tylko kolor lub styl, a przy okazji usłyszysz wiele wartych uwagi historii!

Tak naszło mnie jeszcze na koniec… Twój przyszły samochód powinien mieć jakieś fajne imię. Moja Skoda to Śnieżynka.

Dodaj komentarz
Poczytaj także