W marcu tego roku minęły dwa lata, odkąd zdałam praktyczny egzamin na prawo jazdy. Postanowiłam więc, że opowiem trochę o tym jak jeździłam oraz jak jeżdżę teraz i gdzie jeżdżę, aby doskonalić swoje umiejętności dobrego kierowcy.

Mój pierwszy wpis Krótka historia o tym, dlaczego zrobiłam prawko przed 30-stką, bardzo przypadł do gustu kilku nowym czytelnikom. Dla mnie to jasny znak, że na blogu musi pojawić się więcej podobnych treści. No to jazda to pierwsza seria na Dziewczynie Mechanika! Także, jeżeli ten tekst przypadnie Ci do gustu, wpadaj po więcej co jakiś czas.

To nie jest tak, że po zdanym prawku, czy nawet odebraniu go, od razu wsiadłam za własne kółko. Niestety, jak już pisałam, czasy pandemiczne okazały się dla mnie mrocznymi czasami, bo zarabiałam przeciętnie i nie miałam zbyt wielu oszczędności (a od końca studiów miałam swoją działalność na utrzymaniu, nie chciałam jej zamykać). Także samochody mogłam sobie co najwyżej pooglądać spiesząc się na tramwaj. Ale ileż razy sobie wizualizowałam, że jedno z nich za jakiś czas będzie moje, że czeka tam, na mnie, jakieś przeznaczone…

Finalnie jeździłam tyle, co mogłam, na dobranych godzinkach po zdanym teście praktycznym. Przy okazji podziękowałam Panu Tadeuszowi z OSK Prymus za pokazanie mi podstaw i odpowiednie przygotowanie, aby pokonać trasę egzaminacyjną za pierwszym razem (taaak, tym nigdy nie przestanę się chwalić!). Wtedy też po raz pierwszy mogłam rozpędzić się do 120 km/h, a pogoda była mocno wiosenna, na dodatek w intensywnym deszczu i przy mocnym wietrze. Doświadczenie to pozwoliło mi lepiej zrozumieć zachowanie pojazdu przy gorszych warunkach atmosferycznych. Co tu wiele mówić, cenna lekcja.

A potem? Kiedy tylko “dodatkowe jazdy” się skończyły, z tego co pamiętam, 4 godziny, znowu musiałam dokręcić finansowy kurek. No i fajnie. Pojeździłam sobie tydzień dłużej i “to by było na tyle”. Niestety nie miałam przy sobie nikogo, kto zechciałby, abym trochę poprowadziła jego furą. Z drugiej strony, czułam się głupio na samą myśl, żeby kogokolwiek o to prosić. Jednak to zawsze jakieś ryzyko. A auto nie moje.

Ostatecznie nie jeździłam aż do września 2021, czyli dopóki nie poznałam Mojego Mechanika (a obecnie już narzeczonego). Ta półroczna przerwa od czterech kółek zrobiła swoje. Mimo że umożliwił mi kursowanie po przyleśnym zadupiu Renault Twingo I swojego dziadka, nie czułam ekscytacji takiej, jaka towarzyszyłaby mi jeszcze krótko po zdanym egzaminie. Poczułam regres moich umiejętności. A na dodatek ta paskudna redukcja biegów… brrr…

Jeździłam w mojej opinii tak sobie, ale chłopak dodawał mi otuchy. Instruował, wykazując się ogromną cierpliwością niczym bardzo dobry instruktor. Umiałam prowadzić auto. Ale nie potrafiłam jeździć (nie bez powodu czasem krzyczy się na drodze “Jak jeździsz, baranie?!”). 

Odkąd pamiętam, mam w sobie czasami za wiele samokrytyki, dlatego za błąd uważam to, że po każdym gorszym razie szukałam okazji do wypadów poza miasto znacznie mniej. Mój Mechanik nie naciskał. Jak chciałam to prowadziłam, jak nie to nie. Proste.

Sytuacja finansowa ustabilizowała się, relacja z drugą połową układała się znakomicie i zamieszkaliśmy razem. Niestety stare Twingo nie nadawało się na dłuższe wyprawy, a nasze związkowe plany stawały się coraz ambitniejsze, także czułam się coraz bardziej zdecydowana na własny wóz. Poza tym moje jeżdżenie stawało się pewniejsze, mogłam działać w tym temacie więcej. 

Dzięki kilku dodatkowym zleceniom po pracy, dozbierałam oszczędności oraz na wkład własny. Postawiłam na Škodę Fabię IV w automacie i leasingu. Samochód odebrałam przed końcem 2022. Co to były za emocje! Nie zapomnę tego NIGDY!

No to jazda #1. Co tam u mnie po dwóch latach od zdania prawka

Najdłuższa trasa, jaką do tej pory zrobiłam to Gniezno-Poznań. Wracałam z wypadu rodzinnego i zdecydowałam się pokierować. Za mną (a wiozłam Mojego Mechanika oraz jego brata) jechali rodzice mojej drugiej połówki wraz z dziadkami. Po powrocie usłyszałam wiele słów pochwały co do mojego stylu jazdy, co podziałało na mnie bardzo pokrzepiająco. 

A jak jest teraz? Teraz jest różnie. To znaczy na pewno jeżdżę więcej po mieście – no i jeszcze swoim, nowym autem. Nie boję się, ale wciąż wchodzę na wyższy stan skupienia, co skutkuje tym, że zamiast po prostu jechać, zbytnio kontroluję czy nie przekroczyłam dozwolonej prędkości… W efekcie na szybszych trasach kursuję za wolno, a to też w pewnym stopniu złe, bo na drodze do 70 km/h powinnam jechać przecież te 70, a nie 60, co by innym nie utrudniać ruchu. 

Z innych błędów, jakie jeszcze popełniam, to zdarza się, że wchodzę w zakręt na zbyt dużej prędkości. To jeszcze gorsze, prawda? A jest jeszcze jedna rzecz, a mianowicie parkowanie w garażu na dość ciasnym miejscu, na dodatek bardzo blisko ściany… Przecież muszę umieć zaparkować sama nawet w trudniejszych warunkach. Nie może wiecznie robić to za mnie narzeczony.

Tak czy inaczej, te trzy kwestie to te, nad którymi aktualnie pracuję. Za jakiś czas wpadnę z kolejną aktualizacją w tym temacie!


Co u Ciebie w temacie praktyki jazdy? Masz własne przemyślenia w tym temacie, borykasz się z podobnymi problemami jak ja lub dajesz cenne rady (które mogłabym opublikować na blogu)? Jeżeli odpowiedź brzmi “tak”, daj znać w komentarzu, napisz do mnie maila albo zaczep na Instagramie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Poczytaj także